Pójdę w Góry Świętokrzyskie sł. i muz. Cezary Jawoszek Kapodaster na II progu Tabadajdaj a H7 e Pójdę już któryś raz na Łysicę C D G e Przywitam Jodłowy Dwór a H7 e Na sabat wpadnę, gdzie seks czarownice C D G e Tańczyć będą tylko dla mnie a H7 e Aż po blady świt. a H7 e Wejdę szlakiem na grzbiet Zelejowej Odwiedzę jaskinię Raj Na szczyty spojrzę jak sen kolorowe Do rąk wezmę stare skrzypce Górom będę grał Pójdę w góry, moje góry, Góry Świętokrzyskie C D G G7+ e Będą szumieć mi nad głową czarne jodły wszystkie a D G e Leśną ścieżką, polną drogą, asfaltową szosą C D G G7+ e W moje Góry Świętokrzyskie nogi mnie poniosą C e a H7 e Tabadajdaj Spędzę już którąś noc na Wykusie Posłucham puszczańskich sów Na bagna pójdę, gdzie śpią topielice Razem z nimi będę śmiał się Aż do rannej mgły Zajrzę już któryś raz na Bukową Zobaczę diabelski głaz Tam nocnej ciszy sam czart Casanova Zdrowie wszystkich pije do dna Jak za dawnych lat Pójdę w góry... Tabadajdaj
niedziela, 19 czerwca 2011
Dawna twórczość Cezarego Jawoszka
środa, 31 grudnia 2008
Kiepskie oznakowanie świętokrzyskich szlaków
Podczas poświątecznej wycieczki w Łysogóry miałem okazję przyjrzeć się oznakowaniu szlaków najważniejszego pasma Gór Świętokrzyskich. Okazało się, że od Nowej Słupi aż po Łysicę niemal wszystkie tabliczki wskazujące kierunek są połamane. Turyści nie znający trasy muszą liczyć na swoją znajomość mapy, na domiar złego ocalałe tabliczki wskazują kosmicznie zawyżone czasy przejścia (4,5 godziny z Łysej Góry do Kapliczki Świętego Mikołaja i 2 godziny z Kapliczki na Łysicę mówią same za siebie, nawet na kolanach można pokonać te odcinki o wiele szybciej ;-)).
Łysogóry to jedno z bardzo nielicznych oznakowanych miejsc w Świętokrzyskiem. Zastanawia mnie straszny marazm we wprowadzaniu oznakowania ze strony naszych oddziałów PTTK. W żadnym innym zakątku Polski postawienie drogowskazu z odległością albo czasem przejścia nie stanowi większego problemu. I nikt nie wmówi mi jak trudne jest zaprojektowanie tabliczki, wystarczy ściągnąć szablon z BIP-u PTTK, odpowiednio zmodyfikować (chociażby w darmowym Inkscape), zapisać do PostScript i oddać do punktu, który dotnie literki i pozostałe elementy. Co więcej, w dowolnej szkole podstawowej dzieci mogą zrobić to samo w ramach lekcji techniki, za darmo i bez łaski.
Dlaczego więc nie mamy oznakowania? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Bo przecież trzeba zrobić przetarg, zdobyć milion zezwoleń na przybicie gwoździa do drzewa itd. itp. Szkoda tylko, że tracimy na tym my wszyscy.
niedziela, 18 maja 2008
Ponidzie wiosenne, Ponidzie leniwe..
Punkt startowy, czyli Wiślica, to miejscowość pamiętająca jeszcze czasy wczesnośredniowiecznego plemienia Wiślan. Według legendy książę Wiślimir miał tu przyjąć chrzest na długo przed władającym Polanami Mieszkiem. O bujnej historii Wiślicy przypomina wystawiona przez Kazimierza Wielkiego bazylika, dom ufundowany przez samego Jana Długosza oraz prastare grodzisko na kulminacji Wyspy Miejskiej. Wiślicę niegdyś upodobali sobie królowie - chętnie przebywał tu Władysław Jagiełło oraz Kazimierz Jagiellończyk. Znajdujące się na przecięciu szlaków handlowych miasto wciąż rosło w siłę, stając się jednym z najważniejszych ośrodków Małopolski. Wspaniały okres rozwoju przerwał "potop" szwedzki, po którym zrujnowana Wiślica już nigdy nie podniosła się z upadku.
Szlak niebieski ma swój początek na wiślickim rynku - tutaj też dojechałem busem z Kielc (8:20 z Mielczarskiego 121). Po obejrzeniu podniszczonej nieco okolicy (w szczególności uroczego baru u Gieni) udałem się zwiedzić bazylikę. Niestety plebania jeszcze spała, nie mogłem więc obejrzeć wnętrza, musiałem zadowolić się samym widokiem wyniosłej, widocznej z daleka świątyni. Na zewnątrz kościoła stoi zabytkowa dzwonnica oraz dom Długosza (obecnie siedziba plebanii). Szczególną uwagę przykuwa ufundowana przez Jana Długosza tablica, znajdująca się nad jednym z portali, wyryta pismem tak gotyckim, że aż nieodczytywalnym.

Z kolegiaty udałem się w stronę Gorysławic, z lewej strony mijając Zajazd Kasztelański (jak się później okazało ostatnie przed Łatanicami miejsce, gdzie można kupić suchy lub złocisty prowiant ;-)) oraz nieczynny już kościół p.w. św. Wawrzyńca. Na teren kościoła można dostać się przez otwartą furtkę, niestety wnętrze jest niedostępne do zwiedzania. Rąbka tajemnicy uchyliła stojąca nieopodal starsza mieszkanka - okazało się, że po ostatniej kradzieży zabytkowego wyposażenia świątyni opiekę nad kluczem do niej przejął sąsiad. Dookoła znajduje się kilka poprzewracanych nagrobków, podobno pamiętających jeszcze XIX w - są to pozostałości po przykościelnym cmentarzu.
Kilkadziesiąt metrów za kościołem szlak niebieski skręca w stronę Chotla Czerwonego, warto jednak zejść na chwilę z trasy, aby obejrzeć kapliczkę wybudowaną ok. 1700 r. (źródła podają także 1920 r., aczkolwiek wspomniana już mieszkanka poinformowała, że to tylko data remontu). Podobno jeszcze niedawno wyglądała nieco bardziej okazale, niestety podczas robót ziemnych bezmyślnie zniszczono prowadzące do niej kamienne schody. Naprzeciwko kapliczki, obok stacji benzynowej, znajduje się odsłonięcie geologiczne, strasznie niefotogeniczne z uwagi na ogrodzenie z metalowej siatki.
Szlak prowadzi w stronę gorysławickiego cmentarza, tam też przystanąłem, żeby obejrzeć przedwojenne jeszcze nagrobki. Trzeba przyznać, że dawnym mieszkańcom nie brakowało fasonu, stara część nekropolii z dramatycznymi i wyniosłymi figurami wygląda bardzo stylowo. Za cmentarzem czekała mnie długa, tonąca w mniszkach droga do Chotla. Droga ta przebiega przez Królewskie Łąki, teren znany wśród ornitologów ze swojej bagnistości, a co za tym idzie występowania ponad 45 gatunków ptaków. Dookoła latało mnóstwo bocianów, nie zniechęconych intensywną eksploatacją łąk przez rolników, niestety omijały mnie szerokim łukiem nie dając okazji do użycia aparatu.
Tuż za mostem nad ostatnim przed Chotlem strumykiem skręciłem w prawo, porzucając szlak na rzecz rezerwatu Góry Wschodnie. Jest to obszar stepowy, co na Ponidziu oznacza mnóstwo chronionych miłków wiosennych oraz wystających gdzieniegdzie spod ziemi wychodni gipsu. Poprzez Góry Wschodnie przeszedłem do widocznego z daleka rezerwatu Przęślin, mieszczącego na malutkim wzgórzu otoczonym polami. Znajdują się tam niezmiernie rzadkie gatunki roślin (gęsiówka uszkowata, ostnica włosowata) oraz owadów (jedno z trzech znanych na świecie stanowisk ziołomirka stepowego). Na gipsowych zboczach można zaobserwować lśniące, skalne "jaskółcze ogony".
Kolejny etap wycieczki to Chotel Czerwony, malowniczo położona wieś, nad którą góruje niezwykły, gotycki kościół, pamiętający jeszcze swojego fundatora, Jana Długosza. Świątynia jakimś cudem uniknęła zniszczeń w zawieruchach wojennych, do dziś zachowała się w stanie praktycznie nienaruszonym. W podnóża wzgórza kościelnego wykuto kilkunastometrową jamę zwaną "kuchnią proboszcza", niestety niedostępną do zwiedzania. Powróciłem na niebieski szlak i pomaszerowałem w stronę Chochołu, przechodząc obok starego, zniszczonego już młyna. Potencjalnych turystów ostrzegam przed pokręconym jak krakowski precel oznakowaniem, tuż przed młynem należy skręcić w prawo, ignorując wymalowany na słupie znak (prowadzi w pokrzywy sięgające głowy). Po dotarciu na trasę Busko-Wiślica istnieje możliwość złapania bus-a na pobliskim przystanku, ja jednak wybrałem się jeszcze w stronę Skorococic. Szczególnie polecam piękną drogę przez Parszywe Błonie (nazwa jest cokolwiek zwodnicza :-D *). Leżący wzdłuż niej Aleksandrów sprawia wrażenie zapomnianej przez świat osady, aż do samych Skorocic dookoła trudno zobaczyć choćby pojedynczego człowieka.
Same Skorocice słyną z rezerwatu przyrody, obejmującego ścisłą ochroną gipsowe formacje skalne - jaskinie (w tym największa w Polsce jaskinia gipsowa mierząca ok. 280 m), leje i zapadliska. Płynący tędy potok, który wyrzeźbił malowniczy wąwóz, co rusz ginie w podziemnych korytarzach, pełnych różnorodnych zjawisk krasowych. Powierzchnia rezerwatu jest stosunkowo duża, zmieściło się więc w nim sporo chronionej roślinności stepowej, zamieszkanej przez rzadkie owady. Ogólnie warto to wszystko zobaczyć na własne oczy. Ze Skorocic udałem się prosto na przystanek do Łatanic, jeżeli komuś zostanie na tym etapie dużo czasu może przejść się w stronę Lasu Winiarskiego, mijając po drodze rezerwat Winiary Zagojskie.
I to już wszystko na dziś, mam nadzieję, że zachęcę choć jedną osobę do odwiedzenia Ponidzia. Na koniec zacytuję fragment piosenki Wojciecha Bellona, świetnie oddający magię nadnidziańskiego świata:
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczeż
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem
* Etymologia nazwy "Parszywe Błonie" wyjaśniona jest tutaj
piątek, 11 kwietnia 2008
Kościół świętego Wojciecha w Kielcach
Kościół świętego Wojciecha w Kielcach to najstarszy kielecki kościół mieszczący się niedaleko centrum miasta między ulicami IX Wieków Kielc i Bodzentyńską.
Początek kościoła datuje się na rok 1084, kiedy to postawiono w tym miejscu niewielki, modrzewiowy kościół, pełniący funkcję kościoła cmentarnego. Powstał on przy osadzie, która dała początek miastu. W pochodzącym z 1573 roku testamencie Pawła, wicekustosza kieleckiego, zachował się zapisek na temat przeprowadzonego remontu drewnianego kościoła brzmiący: "zapis na reparację budynków kościoła św. Wojciecha w Kielcach". W roku 1763 na jego miejscu wybudowano barokowy, murowany kościół, który został ufundowany przez kanonika Jana Rogallę. W 1885 roku miała miejsce rozbudowa kościoła, która nadała mu ostateczny wygląd.
Wewnątrz kościoła znajdują się namalowane w 1889 roku 3 obrazy autorstwa Jana Styki: "Rozmnożenie chleba" w ołtarzu głównym, "Św. Rozalia" na zasuwie i "Św. Franciszek" w zwieńczeniu prawego bocznego ołtarza. Po zachodniej stronie, przy murze okalającym kościół znajduje się pozostałość po cmentarzu - pomnik z wykutą w piaskowcu figurą Chrystusa Frasobliwego (tzw. "latarnia zmarłych") z 1732 roku. Na jego cokole umieszczony jest już częściowo niewidoczny napis "ANNO D (...) 1732 D 28, CIALA LUCKIE NA TEM MIEJSCU SPOCZYWAJACE UPRASZAJA POBOZNOSCI WASZY (...)POZDROWIENIA ANIELSKIE". Na zachodniej ścianie kościoła znajduje się kamienny portal z 1763 roku z tablicą fundacyjną, a na prawo od wejścia głównego stoi odsłonięty w 1997 roku pomnik Świętego Wojciecha. Wokół budynku rosną ponad stuletnie drzewa. Przed kościołem znajduje się Plac Świętego Wojciecha z zachowanym fragmentem muru, przy którym w 1943 roku Niemcy rozstrzelali publicznie zakładników - żołnierzy Armii Krajowej.
Na przełomie 2006 i 2007 roku, podczas remontu Placu Świętego Wojciecha, natrafiono na pochodzące z XVIII wieku kamienne fundamenty łączone wapienną zaprawą, o wymiarach 5 x 7 metrów, znajdujące się na głębokości około 40 cm poniżej poziomu gruntu. Według historyków, są to pozostałości po przykościelnym szpitalu dla ubogich, który prawdopodobnie spłonął w 1800 roku, gdy Kielce zostały ogarnięte przez wielki pożar. Podczas dalszych prac wykopaliskowych odkryto dwa, liczące ponad 300 lat, groby, a na głębokości około 80 cm natrafiono na grunt z okresu średniowiecza, ze sporą ilością fragmentów ceramiki, po których oszacowano wiek znaleziska na przełom XI i XII wieku. W połowie lutego, na głębokości ponad 100 cm, zostały odkopane resztki paleniska, polepy oraz słupów, które stanowią fragmenty średniowiecznej chałupy, wchodzącej w skład osady przedlokacyjnej, otaczającej kościół świętego Wojciecha. Odkrycie to stanowi dowód na ponad dziewięćsetletnią historię Kielc i potwierdza tezy historyków, iż to miejsce jest kolebką miasta.
Autor: Paweł Cieśla
Licencja: Creative Commons CC-BY-SA 3.0
piątek, 28 marca 2008
Pacyfikacja Michniowa
12 lipca 1943 r. na ziemi kieleckiej wydarzyła się tragedia, która wstrząsnęła całą okupowaną Polską. We wsi Michniów nieopodal Suchedniowa niemieccy oprawcy zamordowali ponad 200 osób, większość z nich paląc żywcem. Miejscowość została zrównana z ziemią ku przestrodze kwaterującym w pobliskich lasach partyzantom, którzy wkrótce powzięli krwawy odwet. Oto nieco już zapomniana historia pacyfikacji Michniowa.

Tego pamiętnego dnia partyzanci ze zgrupowania Jana Piwnika "Ponurego" przebywali w obszernym kompleksie leśnym w okolicach Wykusu, gdzie znajdowało się ich obozowisko. 12 lipca miał być dniem wytchnienia dla żołnierzy po forsownym szkoleniu oraz pierwszej poważnej akcji - ataku na pociąg w Łącznej. Około południa pochodzący z Michniowa ppor. "Stefan" doniósł "Ponuremu" o niemieckiej obławie rozciągającej się wokół wsi. Nastąpiła natychmiastowa mobilizacja, stuosobowy leśny oddział uzbrojony w pistolety maszynowe, granaty i cekaemy wyruszył na odsiecz bezbronnym mieszkańcom.
W ciągu dwóch godzin morderczego marszu partyzanci nie słyszeli ze strony Michniowa odgłosów wystrzałów, uznając to za dobrą monetę. Jednakże w miarę zbliżania się do celu coraz bardziej czuć było dym ze wznieconych przez Niemców pożarów, w pewnym momencie dziwny swąd unoszący się w powietrzu wywołał przerażenie w oczach żołnierzy. "Ludzi spalili!" - zaczęło się nieść echem po biegnącym szeregu.
Gdy "Ponury" dotarł z oddziałem do wsi, nakazał natychmiast spenetrować ocalałe z pożaru chałupy. Wokół nie było nikogo - ani Niemców, ani mieszkańców. Wkrótce zauważono spalone zwłoki mężczyzny na progu jednego z domostw, ciszę przerwał krzyk partyzanta, który w mężczyźnie tym rozpoznał swojego ojca...
Skutki niemieckiej obławy były przerażające - kobiety i dzieci zagoniono do stodół i obór, które następnie podpalono. Ich ciała leżały pokotem w strawionych ogniem budynkach. Mężczyźni prawdopodobnie zostali zastrzeleni w walce lub ucieczce, a następnie rzuceni w płomienie. Część wsi pozostała nietknięta, uratowani ludzie zgromadzili się wokół leśnego oddziału, przynosząc wodę i żywność dla swoich żołnierzy.
Po zmroku załamany "Ponury" siedział na ziemi ściskając dłońmi głowę, nie mogąc się oprzeć wrażeniu, że partyzanci, którzy mieli pomagać miejscowej ludności, sprowadzili na nią zgubę. W tym samym czasie rozesłane wokół patrole przyniosły meldunki o planowanym przejeździe pociągu wiozącego niemieckich żołnierzy na urlop z Warszawy do Rzeszy. Żądny odwetu dowódca poderwał oddział i skierował go w stronę torów. Minerzy wyłożyli na nasypie ładunki trotylu, jednakże nie zdążyli uzbroić ich przed przyjazdem lokomotywy. Pociąg przejechał nienaruszony, partyzanci zaczekali jednak cierpliwie na kolejny, zaplanowany na godzinę 2:40. Gdy maszyna zatrzymała się bezradnie na torowisku setka rozwścieczonych Polaków runęła w stronę wagonów. Bilans odwetu był wręcz niesłychany - zabito lub ciężko raniono kilkudziesięciu Niemców (dane polskie i niemieckie są rozbieżne) przy minimalnych stratach własnych.
Z samego rana, 13 lipca 1943 r. Niemcy doprowadzili swoją zemstę do końca - rozstrzelano pozostałych przy życiu mieszkańców Michniowa, którzy nie zdecydowali się wcześniej na ucieczkę ze spalonej wsi. Po wojnie, w celu upamiętnienia bestialsko zamordowanych ludzi, ustawiono zbiorowy grób z nazwiskami ofiar. W ostatnich latach wybudowano także muzeum martyrologii, w pobliżu którego ustawiane są krzyże symbolizujące podobne wydarzenia w innych miejscowościach Polski. Placówka ta ma niebawem zmienić swoje oblicze, za sprawą twórców Muzeum Powstania Warszawskiego. Ich projekt zakłada przeistoczenie muzeum w multimedialne centrum, przekazujące wiedzę o tragicznych wydarzeniach w nowoczesny, intrygujący odwiedzających sposób.